malowanko, gierki, depresja, brzydkie figurki

Gamebooki

„Wojownik autostrady” – unboxing kolekcjonerki

No tak, oczywiście nie pisałem długo, ale wiele się rzeczy działo (a w zasadzie niewiele, i o to chodzi), bo „all work no play”. Ale „play” teraz będzie, bo WRESZCIE przyszła mi edycja kolekcjonerska „Wojownika autostrady” od wydawnictwa Nowa Baśń. To już kolejna gra paragrafowa (just you wait, w końcu swoją wydam…), która ukazuje się na polskim rynku po oszałamiającym sukcesie kampanii zbiórkowej na „Tkaczy burz” (ci prawdopodobnie w styczniu?) po dwóch klasykach z Fighting Fantasy, czyli „Domu pełnym zła” i „Czarnoksiężniku z ognistej góry”, którego nawet jakiś czas temu zrecenzowałem.

Dzisiaj jednak nie recenzja, a unboxing, bo nie mam co robić z ciężko zarobionymi pieniędzmi, więc walnąłem sobie kolekcjonerkę pierwszego tomu przygód Cala Phoenixa w postapokaliptycznych Stanach Zjednoczonych. O samej książce zapewne za jakiś czas napiszę, na razie jednak – jeśli to kogoś interesuje – zawartość kolekcjonerki i moja opinia, czy warto było (szaleć tak całe żyyycieeee). Trochę się też zirytowałem, ale tylko troszeczkę, że ludzie już dostawali normalną edycję, a kolekcjonerskie przyszły nieco później. No ale oh well, jestem raczej koncyliacyjnym człekiem, więc nie będę strasznie kwękał.

No więc na dobry początek dostajemy wszystko w całkiem ładnym pudełku, choć jest ono mimo wszystko cienkokartonowe, więc na wytrzymałość nie ma co liczyć.

Po otwarciu drodzy moi widzimy, że upchnięto tu cały tzw. swag i jakimś cudem się to pomieściło, choć pudełko nieco rozepchane (ale to chyba dobrze?).

Na pierwszy ogień idą dwie płachty – jedna to mapa Teksasu, druga to flaga. Obie wykonane są z tego takiego no, plastikowego jakby materiału, coś a la nylon?, więc jeśli liczyliście na materiał naturalny czy porządną bawełnę, to sorry Gregory, ale nie dzisiaj. 😉

Dalej mamy koszulkę i tu jestem mile zaskoczony, bo rozmiar jest L. Ja oczywiście, jako posiadacz kałduna taktycznego, działam raczej w rozmiarze XL (europejski, amerykański L), ale kto wie, może się w to zmieszczę, bo ta eLka wygląda na rozmiarówkę prawie jak amerykańską. No ale tak czy inaczej, ja jestem straszny pies na koszulki, więc to mnie zawsze cieszy.

Co poza tym? Breloczek z nabojem 7,62, no cóż, nie ma co się tu rozpisywać, jak ktoś lubi breloczki, to jest to kolejny kawałek szpeju. 😉

Kolejna jest naklejka – i to przyznaję, dość jebutna, by tak dyplomatycznie powiedzieć.

Na koniec zostają kwestie „papierowe”, czyli – odpowiednio – kolekcjonerskie karty postaci (fajowe, aż szkoda po tym mazać), teczka z kartami-ilustracjami oraz oczywiście sama książka (w niej znajduje się też mniejsza papierowa mapka Teksasu), ale o niej parę słów napiszę osobno.

I tyle, czy warto było (kochaa… k, nieważne)? Moim zdaniem – cena w stosunku do liczby i jakości pierdółek jest bardzo zadowalająca. Rzadko spotykam się zresztą z książkami w wersji kolekcjonerskiej, to raczej domena gierek wideo, a te – nawet jeśli w kolekcjonerce jest kawałek gówna i patyk do mieszania – kosztują nierzadko potworne pieniądze. Półtorej stówy za tyle szpeju to z pewnością dobra transakcja, jesli tylko a) jesteśmy wielbicielami bibelotów b) wielbicielami serii Joe Devera c) lubimy gadżeciki z dzieł kultury.

Socjalki:

2 Comments

  1. Tomasz

    Wygląda imponująco. Sam nie wiem, czy kupić, bo najchętniej kupiłbym całość. Z drugiej strony, na półce stoi stara edycja… A tu kuszą fajnymi pierdołami.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.