malowanko, gierki, depresja, brzydkie figurki

Analizy

Dzieci, obejrzyjcie „Powiększenie”, czyli jak strollować kościół spójności i logiki, a także moje refleksje po „Pendrive znaleziony w trawie”

Idiotyczny ten tytuł, ale fraza produktowa musi być, jesteśmy w końcu mediaworkerami. No dobra, czas napisać coś na moim zakurzonym blożku growym z wysokiego C, tekst za który nikt mi nie zapłaci, ale przynajmniej dostaniecie fajny kawałek rozkminek (I hope). I mogę sobie poprzeklinać i nawiązywać do czego mi się podoba, bo nikt mi nie sterczy nad łbem. Dziś będzie o „Pendrive znaleziony w trawie”, czyli grze hm, antygrze (do czego dojdziemy) Marcina „Borka” Borkowskiego. Inb4, słowa „Autor” używam dla uproszczenia, kto ma wyższe rejestry, ten od razu niech sobie podzieli w myśli autora, instancję nadawczą i narrację. 😉

Co znaleźliśmy w trawie i czy było to psie gówno

Jest z tą produkcją, grą, doświadczeniem pewien problem na poziomie napięcia między nadawcą a odbiorcą. Widzę ten problem i widzę, że autor dostanie pewnie trochę po uszach, bo wiele osób nie łyknie takiego konceptu. Ok, przyznaję, jest to na razie indukcyjne, bo jeden kolega mi się żołądkuje w komciach, a po przejrzeniu discorda i komentarzy dotyczących gry widzę, że jest to jakoś tam rosnący trend. Tym bardziej cieszę się, że dostałem nieświadomym spojlerem, że jak nie znam, to że bym sobie obejrzał „Powiększenie” Antonioniego. Nie znałem, pewnie nie wypadałoby się przyznawać w towarzystwie ludzi wąchających własne bąki, ale teraz znam.

Oczywiście tym samym autor zakłada, że człowiek zrozumie ten film, ale w sumie równie dobrze można zajrzeć do gugla, bo tam pewnie już całe habilitacje powstały o Antonionim. Nie oglądałem wcześniej, więc obejrzałem, więcej: jestem jakoś tam od prawie dwudziestu lat (łojezu, to już tyle?!) postmodernistą, przyzwyczajonym do dekonstrukcji też (w różnych paradygmatach), do gry z odbiorcą, do trollowania naszych oczekiwań, jestem też – typowa dydaktyka, zaznaczanie autorytetu #hint – literaturoznawcą, zajmowałem się teorią literatury, literaturą osobistą i sporo czasu nad tym przemyślałem i dlatego w sumie przy „Pędraku” bawiłem się doskonale, a mój dobry kolega stwierdził, że jest wkurwiony na stracony czas.

Paradoksalnie, na poziomie meta, ta mała gra pokazuje, podobnie jak film Antonioniego robił to te parędziesiąt lat temu, co może być nie tak z światem, a raczej z naszym mindsetem i przyzwyczajeniem teleologicznym i pewnymi strukturami, które przestają lub mogą przestawać mieć znaczenie, z dyszącą nam w kark nawet nie postprawdą, ale końcem prawdy i końcem kategorii. Oczywiście Antonioni robił to w czasach rewolucji seksualnej, wyradzania się postmodernizmu, kryzysu wartości i wtedy ten film to musiał być kurewski szok – dzisiaj, gdy ssamy Werther’s Original i jesteśmy dziadkami, to fajne dziełko gdyby patrzeć współczesnym okiem i kolos, gdyby próbować udawać ówczesnego odbiorcę. Trochę jak ze „120 dni Sodomy” Pasoliniego – dzisiaj taki film w ogóle nie szokuje, bo już na ekranie były takie rzeczy, że o matko boska. Ba, nawet jak go oglądałem jakoś we wczesnych dwutysięcznych, miałem na koncie tak szokujące filmy, że na Pasolinim… przysnąłem (obudziłem się na scenie jedzenia gówna). Ale jak powstał, no to był kurewski skandal, zwłaszcza, że reżyser był zamordowany w tajemniczych dość okolicznościach jeszcze przed premierą filmu. No ale mniejsza o Pasoliniego – chodzi mi raczej o przykład, tego, jak zmienia się grupa odbiorcza. I zaraz to rozszerzymy.

Cały świat powinien myśleć o pragmatyce tekstu kultury

Cała sprawa jest o tyle zabawna, że kilka tygodni temu miałem wielką, piękną dyskusję z autorem „Pendrive” właśnie m.in. o tym, jak działa intencja autora, kto to jest Stanley Fish, amerykańscy pragmatycy i jakie jest napięcie między nadawcą, intencją autora a odbiorcą oraz wspólnotami interpretacyjnymi. Autor gry jest ze środowiska „ścisłowców”, więc tego nie znał i częściowo operował właśnie w kategorii jakiejś jednej prawdy przyrodniczej – a jednocześnie, troll wstrętny, zrobił grę, w której kategoria prawdy i celowości w zasadzie może przestać istnieć. W grach obecnie widać to szczególnie, w grze bowiem masz zadanie do wykonania, i jak je wykonasz, to gra się kończy. I na pewnym bazowym poziomie „Pendrive” też taki jest – masz odblokować hasła do trzech plików zip na wirtualnym nośniku i jak je zrobisz, no to pewnie „przejdziesz” grę, taka jest sugestia. Problem w tym, że to zadanie jest podpuchą, bo można to zrobić w różnoraki sposób i w zasadzie nie będziemy wiedzieć więcej, niż na początku. O tym za chwilę.

I nie wchodząc w zbytnie spojlery: trzeci obrazek pokazuje ci, że jeśli jesteś wyznawcą spójności i teleologii, to właśnie dostałeś, jak Robin, po twarzy od Batmana. To jest trochę jak z tymi filmami z plot twistem, bo autor w opisie gry podaje explicite, żeby pamiętać, że droga jest czasem ważniejsza niż cel. I skuma się to dopiero po „przejściu” tej „gry”. Sama droga należy tak naprawdę do nas – ja bawiłem się doskonale, bo zamęczałem autora gry o pierwszej w nocy moimi rozkminkami, gadałem z paroma osobami, kminiliśmy, czytałem Discorda, jednocześnie zerkając w pamiętnik bohaterki gry, rysowałem sobie całe sieci połączeń, sprawdziłem, gdzie ten mostek jest nad Kanałem Żerańskim, bo okazało się, że niedaleko jeździłem na rowerze i była to dla mnie doskonała odskocznia od tego chujowego życia w pandemii, które mam na co dzień. Ktoś inny może uznać, że to „inconvenience”, że takie coś tylko wkurwia, a chciałby po prostu iść sobie z punktu A do punktu B. Paradoksalnie „Pendrive” może być o niczym w warstwie tekstowej, a o wszystkim w warstwie pragmatycznej – bo to tak naprawdę od nas zależy, jak sobie będziemy przechodzić tę drogę.

I puritani

„Pendrive” jest dla mnie fascynującym zjawiskiem, bo właśnie skierowany jest na procesualizm, a jednocześnie jest przestrzenią dość szeroką – nasz wirtualny dysk możemy potraktować wszystkim, co tam bozia dała. Jednocześnie też działa na zasadzie subwersji oczekiwań – bo po grze oczekujemy celu, odpowiednich parametrów przechodzenia tej gry i jakiegoś tam poczucia dobrze spełnionego obowiązku. I poszukujemy rozpaczliwie spójności, sensu, jasnej struktury. A tu jest trochę tak jak w słynnym tekście Fisha „Jak rozpoznać wiersz, gdy się go widzi” – Fish prowadził zajęcia ze studentami i na tablicy, z poprzednich zajęć, zobaczył nie starte kilka nazwisk. Obwiódł je kreską tak, że powstał z tego krzyżyk, a potem swoim studentom powiedział, że to nowatorski wiersz i mają go przeanalizować. Studenci oczywiście zaczęli tworzyć sensy, bawić się heurystyką, kombinować, o co w tym może chodzić i tak dalej. A przecież nie chodziło o nic. Nie jest to idealne przełożenie na „Pendrive”, ale chodzi o pewien koncept: to odbiorcy decydują, na gruncie tzw. wspólnot interpretacyjnych i swoich kompetencji kulturowych o tym, co widzą. Tekst nie do końca musi być autora (piszę nie do końca, bo nie jestem wyznawcą Barthesa, sam się zresztą potem kiwał do tyłu), ale nawet nie o to chodzi czy jest intencja czy jej nie ma, tylko o kluczową sprawę w analizie tekstów kultury: o to, że istnieją żywi odbiorcy, a nie odbiorcy, jak chciałby strukturalizm, wyobrażeni, idealni (czyli tacy, co odczytają coś tak, jak autor sobie zamierzył). Odbiorcy mogą mieć centralnie w dupie takiego Borkowskiego i jego zamierzenia względem „Pendrive” i zrozumieć go po swojemu.

Ludzkość przyzwyczajona jest do myślenia jednak preskryptywnego, że tak się posłużę terminem językoznawczym, poszukuje norm, wartościowań, tego, że coś jest dobre, złe, zgodne z kanonem albo niekoniecznie. Pragmatycy i kognitywiści odwracają ten schemat, stawiają go na głowie i robią nań wielkie cudownie zakręcone kupsko, bo zwracają uwagę właśnie na tego, kto odbiera, co myśli, jak odbiera i tak dalej. Inherentne parametry tekstu są oczywiście ciekawe, ale nie dystynktywne.

Jak zrobić antygrę

W grze na podstawowym poziomie, jak już wspomniałem, są te trzy pliki. Ale rozwiązanie ich jakimś łamaczem haseł w zasadzie nic nie da, choć jeśli ktoś lubi mieć acziki – to też będzie spełniony. „Pendrive” wychodzi w poprzek oczekiwaniom, bo w zasadzie – podobnie jak „Powiększenie” staje się antykryminałem – wyradza się w antygrę. Przestaje mieć cel, te rzeczy, które napotykamy, rozrysowujemy na kartce papieru, dochodzimy, co mogło się stać, po prostu są, a nie dążą do jakiejś konkluzji. Podobnie jak bohater „Powiększenia”, który wraca rano na miejsce zbrodni, ale nikogo już tam nie ma. Idzie więc dalej ze swoim życiem – o rety, jak się ludzie musieli w czasie premiery wkurwiać na ten film, gdy sugerował on, że jest tu zagadka kryminalna, a potem po prostu odwracał się i szedł sobie dalej. To musiało być coś pięknego.

Oczywiście Borkowski nie wymyśla tu koła, ba, nie wymyśla go nawet na nowo, bo przecież w świecie indyków istnieje cała kategoria właśnie „experiences”, a nie „games”, typu te wszystkie Proteusy i inne ustrojstwa, gdzie się łazi łazi, poznaje historię i po prostu kończy. Problem w tym, że one są najczęściej linearne i w pewnym sensie nadal teleologiczne – jak gramy w, dajmy na to, Painscreek Killings, to jednak dochodzimy (albo nie) w toku śledztwa kto zabił i czym, i przesyłamy te informacje naszemu naczelnemu w gazecie – jak się pomylimy, to gra nam mówi: BZZZZT, pomyliłeś się, insert coin to try again. Nad grą, jako ten miecz, wisi nadal pewna celowość. Borkowski odwraca ten schemat: mówi nam, że może coś tu jest, może tego nie ma, że to trochę gra, a trochę forma literacka, a trochę jeszcze coś innego. Sugeruje, że to zagadka kryminalna, Grażyna dzwoń na policję, ale nie ma tu żadnych wskaźników, że faktycznie o to może chodzić.

W efekcie to nie jest nawet walking simulator ściśnięty formalnie do przeglądania dysku, a rozepchnięty przestrzennie do czytania pamiętnika i drillowania wirtualnego dysku. To pewna forma antygry, coś co ja nazwałbym subwersją oczekiwań i grą na konwencji celowości, a ktoś inny powiedziałby: kurwa, zapłaciłem trzy dychy za to, że mnie jakiś pacan strolował.

To się mogło udać tylko w gronie indyków – gdyby Borkowski był jakimś Kojimą, z zapleczem Sony czy innego wydawcy, i z taką komunikacją wypuścił produkt, w który zagrają miliony ludzi, to poszłyby takie joby na marketing i otoczkę gry, i to czym jest, że o rany boskie. Indyki jednak, tworzone przez jedną osobę czy mikrostudio (technicznie rzecz biorąc, to kiedyś i Wiedźmin był indie ;)), czy ok – „hiperindyki” mogą wzbudzać pewien mindset we wspólnocie interpretacyjnej takiego dzieła. Otóż łatwiej przełyka się eksperymenty formalne, treściowe, zaburzenia struktury i zabawę konwencjami. Oczywiście większość z nich pozostaje grami-grami, więc to, co pojawia się w „Pendrive” jest moim zdaniem nieco nowatorskie, aczkolwiek nie mam też tak kompleksowej wiedzy na temat podejścia procesualno-antygrowego, bo rzadko grywam obecnie w indyki.

Nie dla każdego

Już się upisałem sporo, kurde, ostatni taki duży tekst (za który mi zapłacili, ale niedużo) to chyba w czasach recenzowania Wiedźmina 3. Ale niech będzie, rzadko piszę dla przyjemności ostatnio, więc tu się trochę spełnię. Nie jest to na szczęście – jak widać – recenzja, chociaż może z drugiej strony jest bardziej niż te „recenzje” na portalach, zresztą mam to gdzieś. Miałbym realny problem z tym, czy polecić grę Borka, bo z jednej strony osobiście jako człowiek ze świata literatury, no mocno zwaliłem konia nad tym dziełkiem, totalna radocha, ale z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że mam mindset mocno specyficzny: i uznając, że gra jest „meta”, moje doświadczenia wokół niej – czyli rozmowy, rozkminianie – też dołożyłem do katalogu doświadczenia in/out game. Wiele osób jednak tego nie zrobi.

Śródtytuł to żart branżowy. Najgłupszym argumentem, jaki można napisać w recenzji gry jest w minusach (albo plusach), że jest „nie dla każdego”. Ale gdyby tak się zastanowić i odrzucić stereotypowość myślenia o tej frazie, to faktycznie tak jest: gry, jako użytkowe bądź co bądź teksty kultury, często mają właśnie mocno sprecyzowaną grupę odbiorczą, nie tyle odbiorcę wyobrażonego nawet, co grupę wyobrażoną, czyli np. fanów strzelanek, fanów postapokalipsy i tak dalej. Z „Pendrive” jest ten problem, że w zasadzie ciężko stwierdzić, komu się to najbardziej spodoba, więc ja może odpowiem tak: to gra dla postmodernistycznych trolli. I na tym poprzestańmy.

…A poor player that struts and frets his hour upon the stage, and then is heard no more

Na końcu „Powiększenia” jest taka scena – najpierw duży kadr z lotu ptaka, postać bohatera sama wśród zieleni parku. Przesłanie jasne. Zaraz pojawia się banda rozwrzeszczanej chaotycznej młodzieży (rewolucja seksualna, przypominam ;)) oraz para mimów, która zaczyna symulować granie w tenisa. Wyimaginowana piłka wypada im poza kort. W pewnym momencie kiwają na bohatera, żeby im ją podał. On patrzy na nich długo, aż w końcu schyla się, podnosi wyimaginowaną piłkę i im odrzuca, po czym zaczyna obserwować niby-mecz tenisa.

No i właśnie.

A na koniec macie adekwatny wiersz Piotra Ołowiaka.

Ech, postmoderna! – rzecze bies;

Cóż za parszywy świat to jest:

Nie idzie straszyć Żydów, goi

I nawet Joyce się mnie nie boi.


Znikły pojęcia: cnota, grzech;

Każdy pierdoli się za trzech,

Niestraszna mu piekielna smoła –

O pomstę to do nieba woła!


Ten sam mam problem – na to Bóg –

Chuj z tym; na piwo chodź za róg.

Piotr ołowiak
Socjalki:

2 Comments

  1. Sebastian

    W pendraka grałem na samym początku, kilka lat temu, w jego pierwszym wcieleniu. Umęczyłem się i ubawiłem po równo, chywtając – jak sądzę – doskonale, czym to doświadczenie jest, a czym nie jest.

    Ale po lekturze tego tekstu miałem tylko jedną scenę w głowie.
    https://imgur.com/a/G5dpq7z

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.