malowanko, gierki, depresja, brzydkie figurki

Unboxingi

Tkacze Burz – Unboxing

W zasadzie teoretycznie to mógłbym już napisać krótką recenzję „Tkaczy burz” Pawła Dziemskiego, ale jednak wstrzymywałem się do czasu, aż dostanę pełnoprawną grę. Skąd taka refleksja? Ano stąd, że – jak to z kampaniami zbiórkowymi bywa – „Tkacze…” się opóźniali i autor zrobił wspierającym miłą niespodziankę świąteczną (w okolicy Yule, dla niepoznaki nazwanego Bożym Narodzeniem ;)) i… wysłał pakiet podstawowy, czyli samą paragrafówkę, link do apki i tak dalej. Troszkę to przejrzałem, ale uznałem, że – mimo ewidentnie miłego gestu – jednak się wstrzymam, aż położę łapska na fizycznym wydaniu. Jednak jestem „stary człowiek w internecie” już i jak kiedyś kupiłem sobie jeden z tomów DestinyQuest w digitalu, to prawie osiwiałem. 😉

No ale dobrze – recenzji ne budiet, za to mamy unboxing, bo paczka przyszła. Już nie pamiętam, czy ten mój próg sklepowy (bo grę kupiłem w ramach późnego wsparcia) miał jakąś nazwę, ale jako że to książka, a nie jakaś pojebana planszówka za prawie półtora kafla 😉 (pozdro Etherfields), to wziąłem sobie cały szpej, który tam był. Od razu zaznaczę, że nie jest to jakaś „edycja kolekcjonerska”, jak było to w przypadku np. niedawno pokazywanego tu przeze mnie „Wojownika autostrady”. Te dodatki są całkowicie funkcjonalne, tj. przydają się podczas gry, a nie są bibelotami. No ok – poza monetką, monetka dołącza do monetki z Elder Scrolls. 😉

Co więc mamy? Głupia sprawa, ale przede wszystkim – fajne pudełko. Znacznie lepsze niż to, w które zapakowany był „Wojownik…”, choćby dlatego, że nie jest cienkim papierem, a porządnym grubym kartonem, ergo – można tam spakować rzeczy i się nie rozwalą po jednym przeniesieniu z miejsca na miejsce.

Poza dupełkiem;) samą oczywiście książkę, która wydana jest bardzo ładnie – przede wszystkim twarda oprawa i porządne szycie, a to jest, wierzcie mi, warunek nieodzowny w przypadku książek, które się non stop kartkuje. Do tego muszę pochwalić szatę graficzną. O ile wiadomo, że klarownie wszystko wygląda w takich Fabled Lands czy Destiny Quest, o tyle jednak nie ma tam żadnej konkretnej estetyki (poza ew. ilustracjami), a tutaj mamy pięknie zrobioną paginację, marginesy, no słowem: redaktor i edytor we mnie (mam na to papier i wiele lat praktyki :P), a także specjalista od starodruków kwili z radości, bo ładnie wykonane książki to jednak rzadkość (a jeśli już są: to w potwornych cenach ;)). Stąd ogromny plus za wykonanie, aż chce się wydawać, jak ludzie tak ładnie pracują nad stroną estetyczną.

Poniekąd jest to chyba uzasadnione, jako że „Tkacze burz” nie są paragrafówką sensu stricto, a swego rodzaju paragrafówko-planszówką. Stąd też myślę, że nie dało się uniknąć włożenia pewnej hmmm… liczby roboczogodzin i dodatkowej kasy w oprawę. Bez tego jednak książka sporo by straciła.

Dostajemy też, w samej książce, zakładkę, która od razu służy nam za ściągawkę podczas walki. A co z tymi kwestiami planszówkowymi? Już pokazuję.

W grze walka nie rozgrywa się bowiem tak, jak w klasycznych paragrafówkach, że wyłącznie np. rzucamy kostkami za wroga i nas (FF) albo żonglujemy skillami i głowa nas boli od mnogości tego wszystkiego (DQ) – tutaj mamy normalne miniplansze, na których rozstawiamy figurki i walimy z aksa. 😉 Figurki? No, ok, za dużo powiedziane, bo to tokenki podobne do tych, które znajdziemy w np. „Gloomhaven”, ale wykonane są z twardego kartonu, więc jest ok.

Ja bonusowo, jak widać, zamówiłem sobie też dodatkowy zestaw potworów ze szkła organicznego, czyli po prostu pleksy.

Na koniec zostaje oczywiście karta postaci i dodatek, który trzeba kupić osobno, czyli taka no… mapka-zdrapka ;), co jest strasznie fajne, no bo wprowadza jakiś tam zawsze dodatkowy element interakcji w samej rozgrywce.

I to w zasadzie tyle, ostatnim obrazkiem niechże będzie zatem monetka oraz dwie kostki, które dostajemy w pakiecie.

Moim zdaniem, jeśli chodzi o „bogatość” zestawu, to nie ma na co narzekać – oczywiście to nie jest kolekcjonerka, więc brak tu losowego szpeju z logiem gry, ale z drugiej strony fajnie mieć dodatkowe mapy do zabawy czy choćby te stworki wykonane z czegoś wytrzymalszego niż karton. Wiadomo, że moja figurkowa dusza by chciała jeszcze hipki do pomalowania, ale już nie przesadzajmy: to nadal gra książkowa, a nie jakiś kolos planszówkowy, z którego większość ceny idzie na ten nasz „plastikowy crack”. 😉

Za jakiś czas pewnie będzie recenzja, a tymczasem…

DoZo!

Socjalki:

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.