malowanko, gierki, depresja, brzydkie figurki

Analizy

RH+ #1 – Maneater

Odkurzam bloga, a najprościej – bo do figurek się zebrać nie mogę – to zrobić to pisząc o tym, o czym nie piszę już zawodowo (bo nie szukam zleceń/bo mi nie chce ;)), czyli giereczkach też wideo. W sumie pomyślałem, że jakby, hej, to jest mój blog, nie ma reklam, płacę se za niego jakieś tam grosiwo za trzymanie domeny i host, więc kurde, mogę se tu pisać, co chcę, bo nie zależy mi na kapitalizacji tego pomysłu (#jebaćkapitalizm).

NO WIĘC. Zaczynam cykl, którego pewnie nie będzie mi się chciało zbyt często kontynuować, ale co tam. Cykl ten nazywam roboczo RH+ i już nazwę tłumaczę – jest na tej samej zasadzie, co wszelakie programy społeczne miłościwie nam panującego rządu, czyli 500+, 300+, Cośtam+, prąd, samochód, no słowem: masa takich programów socjalnych, więc ja tu będę sobie pisał o gierkach, niekoniecznie najnowszych albo najświeższych, ale takich spod znaku RozjebałemHajs+. Ot, i cała tajemnica, tadam: Maneater.

O Maneaterze słyszałem sporo jeszcze przed premierą tej produkcji – potem ukazała się na konsolach (już wtedy PS4 chyba nie miałem), a także pececie, ale wyłącznie w sklepie Epic Games Store, z którego – jeśli nie muszę – to nie korzystam. I nie chodzi bynajmniej o bycie waflem Gabe’a Newella a to po prostu, że Epic nie ma aczików, zabezpieczeń wtedy nie miał prawie w ogóle, no słowem, bałem się trochę wpisywać tam dane z karty, bo to trochę był poziom stronki porno (nie, nigdy nie wpisywałem danych bankowych na stronce porno, ale domyślam się, co się może stać).

Sam pomysł Maneatera zasługuje na uznanie, wcielamy się bowiem w rekina, który sobie pływa w okolicy pewnej zatoki i, no cóż, zajmujemy się wpierdalaniem ludzi, niszczeniem mienia oraz ewolucją swoich możliwości. Brzmi idiotycznie? No to zapnijcie pasy, bo to dopiero początek – gra ma niby jakąś fabułkę i narrację, która przedstawiona jest w formie reality show. Całość jest mocno sarkastyczna, zresztą w produkcji znajdziemy ze dwie wywrotki odniesień do popkultury, filmów, seriali oraz ogólnie stereotypów kulturowych znanych nawet w lokalnym warzywniaku. Jest to wszystko nieco czerstwe i suche, ale chyba też troszkę taki był zamysł, żeby to była gra z gatunku „kino klasy B” i „tak złe, że aż dobre” – coś w stylu Sharknado, zresztą tytuł ten pojawia się tu nie bez powodu. Nasz rekin rozwija bowiem swoje zdolności, w tym także po prostu dokładamy mu kolejne rzeczy w stylu pimpowania samochodu – ot, lepsze płetwy, ryj, zębiszcza i tak dalej po to, by mógł sprawniej przegryzać się przez łodzie i chrupiące ludzkie kości. Jest to wszystko potwornie głupie, tak radośnie debilne, a w dodatku nasz rekin może też całkiem długo… wytrzymać na stałym lądzie. Oczywiście jego mobilność jest wtedy niewielka, ale nie ma nic zabawniejszego niż wypaść na plażę na małe co nieco pośród wrzeszczących i uciekających pliznołów. To jest gra blisko takich cudownych doświadczeń jak pierwsze (i jego remake) i drugie Carmageddon czy pierwszy Postal. Niewiele piniondzów, ale durnowaty pomysł i kupa zabawy z przewagą tej drugiej.

Maneater jest bowiem takim Sharknado wśród gier sandboksowych – bo jest to sandbox, a raczej może ogólniej: gra ze stosunkowo otwartym światem, w której wykonujemy jakieś tam misje, odblokowujemy kolejne obszary, na których wykonujemy jakieś tam misje, rozwijamy postać, możemy dotrzeć w wiele miejsc, wykonujemy jakieś tam misje po raz trzeci, zbieramy znajdźki rozsiane po mapce i tak aż do usrania i samego końca.

Co mnie cieszy, to że jest to gierka dość zwarta – zrobiłem 100 proc. fabuły oraz wszystkie znajdźki w jakieś dziesięć godzin – tyle pokazuje mi Steam. Wydaje się, że jest to mało, ale podczas tych dziesięciu godzin ani razu nie poczułem, że się nudzę, że mam już dość, że jest to w jakiś sposób praca, coś męczącego albo taki gierkowy znój. Na Ciebie patrzę, Ubisofcie. Najbardziej bowiem odrażającym przykładem sandboksów bez końca i pełnych roboty są właśnie ostatnie Asasyny – no żesz kurwa, ileż można spędzić przy jednej grze i to w taki sposób, że fabuła ledwie-ledwie idzie do przodu, a my ciągle łazimy i zbieramy jakieś gówna, rozwijamy wioskę, wędkę, rozmiar cycków głównej postaci oraz Odyn wie, co jeszcze. W Odysei miałem chyba z setkę godzin, a te gnoje ciągle dokładały kolejne misje.

Maneater oczywiście w zakresie budżetu co najwyżej stał koło stoiska z kanapkami w Ubisofcie, i tyleż kosztował, ale właśnie to jest w tej grze takie zachwycające: ona jest zwarta. Tu nie ma zbędnego pierdolenia i rozpychania fillerami fabuły. Masz trzy typy znajdziek, z czego dwa są całkowicie funkcjonalne (bo dodają nam cenne zasoby i/lub rozwój postaci), a trzeci jest typowo kolekcjonerską zabawą. Wszystko można ogarnąć stosunkowo szybko, zaś dzięki sonarowi naszego rekina jakoś tam je sobie wykryjemy na mapce. Misje też są dość FedExowe, a w zasadzie gore’owe: ot, zabij 10 fok, zeżryj 15 ludzi, zniszcz cel (w postaci np. łodzi z łowcami, czyli taką „policją” w tym świecie). Oprócz tego trzeba przejść fabułkę główną oraz warto rozjebać wszystkich bossów, którzy odblokowują się podczas robienia naszym rekinem rozróby na oceanicznej lub rzecznej dzielni.

Jest coś poruszająco pięknego właśnie w tym, że ta gra jest otwarta, daje nam przestrzeń, a jednocześnie jest na tyle mała, że damy radę ją skończyć w świecie płacenia kredytów, zapierdolu na trzy roboty i tak dalej. Jeśli chodzi o rozjebanie hajsu, to jest to jedna z lepszych decyzji ostatnich miesięcy, bo przynajmniej tę grę skończyłem (na 100 proc.!). A w dodatku jest jeszcze rozszerzenie, które ma ukazać się pod koniec lipca i już sobie ostrzę zęby na powrót do zatoki i okolicy.

Oczywiście Maneater ma swoje wady – sterowanie jest trochę toporne, walka z niektórymi rybskami i ssakami bywa uciążliwa, a od pewnego momentu stajemy się tak nakoksowanym rekinem, że tylko jedno w głowie mam, ludziny kilogram i tak dalej. I gra staje się boleśnie prosta, aczkolwiek nagle poziom trudności skacze pod sam koniec, gdy pojawiają się statki rażące prądem. Ostatni boss też jest dość wymagający i to może zdziwić, bo po pewnym czasie rozbijamy łódki jakby były z papieru, a pewien rybak a la wydarzenia z Moby Dicka potrafi zrobić nam kuku.

I tak, ta gra jest potwornie głupia. Ale daje tyle radości, że zalecam jak będzie na jakimś kolejnym steamowym promo.

Socjalki:

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.