Strasznie długo zeszło mi z tym „Longlegs”. Ale może to i lepiej, bo to film, który, mówiąc pięknie, urasta czasem na człowieku, jak ładna sataniczna cysta. Tylko jednak coś pęknąć nie chce. Od razu muszę sprowadzić siebie i kontekst do parteru – przewracam oczyma na wszystko, co nagle zyskuje mocne „traction” i okrzykiwane jest „czymś tam roku, dekady, stulecia”. Otóż „Longlegs” nie jest horrorem roku, ani horrorem dekady, ani tym bardziej stulecia. Nie znaczy jednak, że moje osobiste punkowe podejście do rzeczy powinno przesłaniać kronikarski obowiązek.
Otóż jest to całkiem niezły film, chociaż niestety – ale chyba nieco świadomie, więc może możemy to wybaczyć? – przypomina wigilijny barszcz, tyle że babci podano do herbaty dwie łyżeczki koksu i amfy. Wpieprzone jest tu absolutnie wszystko – klimaty rodem z „Zodiaka”, ekspozycja i zawiązanie będące odbiciem „Milczenia owiec”. Do tego dołóżmy jakieś slasherowe powidoki, celuloidowe przebłyski z całej sterty innych klasyków grozy, polane okultystyczno-satanicznym sosem i posypane szczyptą Nicholasa Cage’a. Ok, nieprawda, kłamię. Jest dokładnie na odwrót – te wszystkie interteksty, te nawiązania, mrugnięcia są niczem pierd na wietrze w porównaniu z tym, co na ekranie wyprawia Cage, którego czas antenowy jest… stosunkowo krótki. Niewiele go realnie w tym filmie, może nieco więcej „w zawieszeniu”, natomiast – jak to Cage – kradnie każdą scenę. Stawiam odwrócone krzyże przeciw orzeszkom, że gdyby go nie było w tym filmie, „Longlegs” nie miałby takiego powiewu wspaniałego kina, a byłby po prostu kolejnym, nieco nieznośnym i ostentacyjnym arthouse’owym ejakulatem, jakich wiele w kinie grozy, które tylko krawędzią ociera się o mainstream. Nicholas Cage był prawdopodobnie „marketingowym assetem”, ale też wspaniałą jakością – pojawia się w tym filmie (we wspaniałej stylizowanej sekwencji) na początku i reżyser cały czas sprytnie krąży wokół niego, nie spiesząc się z „revealem” rzekomego seryjnego mordercy. Bo jest tu rzekomość – Cage jest tylko narzędziem, kukiełką w rękach lalkarza – zresztą to porównanie nie pojawia się bez powodu, gdyż cała sprawa w pewnym momencie przechodzi opowiastkę o baśniowym szlifie, tyle że taką, w której wyrzynane są w pień całe rodziny, a potwór, którego szukamy, czai się cały czas w naszej piwnicy.
Główny problem, jaki miałem z „Longlegs” to właśnie ten brak identyfikacji – taka studenckość, że robimy coś do dyplomu, to musi to być na 120 proc., bo inaczej nie będzie piątuni. Tyle że… Oz Perkins to nie jest studenciak. Coś niejasnego każe mi podejrzewać, że to wpierdolenie wszystkich grzybów z piwnicy w barszcz jest tu niejako „by design”, a nie dlatego, że facet zapomniał wziąć rano Medikinetu. Problem w tym – może po prostu jestem za głupi? – nie potrafię znaleźć na razie (ir)racjonalnego wytłumaczenia, czemu jest tu taki bigos sprawiający, że film niejako traci swoją identyfikację czy samoidentyfikację i jest jakimś takim zlepionym trolem (por. A. Chylińska), dziwacznym patchworkiem, napompowaną botoksem twarzą starego glamrockowca, który teraz identyfikuje się jako Longlegs…

Oczywiście to nie oznacza, że ten film jest zły. Wręcz przeciwnie, przy drugim czy trzecim obejrzeniu (darujmy sobie opinie ludzi, którzy po jednym razie mają autorytarne sądy i zostawmy ich pozostałym plemionom) zyskuje nieco i nie na zasadzie „o, właśnie odkrywam wszystkie wektory antycypacji”, tylko tego, że wsiąka w człowieka nieco głębiej – oczywiście nie w takim stopniu, w jakim zrobiło to ze mną np. „The Outwaters”, ale na poziomie, powiedzmy, estetyczno-cage’owskim. I jak bumerang, jak pijany do płotu, Hanka Mostowiak do kartonów, wracam do tego, że gdyby nie rola Nicka Cage’a, byłby to dość miałki i pretensjonalny filmik. Jest go mało, ale – pospołu z Szatanem – wisi on nad tym filmem, przenika każdą klatkę, sączy się powoli, jak kroplówka z otchłanią. Napisałbym, że rola Cage’a jest brawurowa, ale na litość… Mówimy tu o aktorze o takiej mimice i zakresie szaleństwa, że w zasadzie mam wrażenie, jakoby Perkins po prostu zgarnął go do filmu, a potem powiedział: Nick, tu masz mejkap, to zajmie 2-3 godziny, potem puszczamy kamery i…. yyy… kurwa, nie wiem, weź coś porób”. Jest w tym filmie Cage całkiem sprawnie spuszczony ze smyczy, nie wiem czy całkiem, czy jednak to jakaś lonża, ale robi on tam robotę. Scena w samochodzie, w której drze japę, jakby śpiewając jakiś nieistniejący kawałek z dawnych lat, a jednocześnie swoje życie, to jest majstersztyk grozy, która pełza po mózgu, a nie wyskakuje jak diabeł z pudełka. A na końcu – mimo że niby go dawno już nie ma, bo rozjebał sobie łeb o stół w pokoju przesłuchań – Longlegs siedzi i w setce do widowni, daje jej buziaka, mówiąc „Hail Satan”. Tak. Po trzykroć tak.
Warto ten film zobaczyć, ale nie z nastawieniem, że oto trafia nam się perła wyłowiona z flaków i żółci, tylko po prostu sprawnie i świadomie kręcone kino, ale jednak nic przełomowego. Dobrze, ale nie dekadowo. I może to po prostu powinno wystarczyć, może wcale nie musi być to wydarzenie roku, bo wcale może nim nie jest i – o zgrozo twitterowa – nie potrzebuje być! Cieszmy się, że trochę arthouse’a przenika do mainstreamu i nie jest to na przykład „Melancholia Anioła” #pdk, tylko kino grozy, które nie jedzie na jednym torze odstręczania, ale robi coś, co powinny wywoływać w nas horrory – to ma być jak kraksa na autostradzie. Jest odrażające, i naprawdę nie powinniśmy, ale kurde, nie da się odwrócić wzroku. Hail Satan ;*
