malowanko, gierki, depresja, brzydkie figurki

Historie

Jak przestałem się martwić i pokochałem Fallout 76

Tak, wrzucanie czegokolwiek innego niż moje brzydkie malowanka, zaczynam od mocnego uderzenia, takiego wysokiego C, które szybko przechodzi w serię dysonansów i pojebanych wariacji na klawiaturę i mysz. A wszystko dlatego, że mówimy o grze, która została zjechana nawet przez Matkę Teresę (nie, bo nie żyje).

Krótka historia Fallouta w obrazkach dla najmłodszych

Na początek potrzebny jest jednak kontekst, a w zasadzie kilka słów na temat historii, bo to pomoże lepiej zrozumieć mindset osób, które zobaczyły po premierze Fallout 76 i zapłakały gorzkimi łzami. Fallout, gdy się ukazał, nie był jakimś wielkim hitem, redefinicją cRPG czy rewolucją na poziomie wynalezienia koła. Wręcz przeciwnie – pamiętam papierowe teksty na jego temat w rodzimej prasie, które były dość zachowawcze. Ot, fajna giereczka, ciekawy klimat, ale no cóż, to po prostu erpeg. Z latami jednak, a zwłaszcza po fenomenalnej (i równie fenomenalnie zbugowanej…) drugiej odsłonie ta krótka seria szybko pokryła się szlachetną patyną, a poza tym weszła w status kultu trochę też dlatego, że studio, które ją tworzyło, niestety pożegnało się z branżą. No, w zasadzie pożegnało się całe Interplay, więc siłą rzeczy i Black Isle – potem była Troika i Arcanum, ale to kompletnie inna historia.

Fallout 2 / Źródło: Sam strzeliłem

I tu dochodzi to pewnego kluczowego zdarzenia. Otóż społeczność fanów czekała na trzeciego Fallouta, ale jednocześnie czekała na projekt, o którym zaczęto nieśmiało mówić w raczkującej sieci (przypominam: mówimy o czasach, kiedy nie było fejsa, jutuba, wikipedii, ja na studiach chodziłem do ksero, a pornole trzeba było sobie pożyczać na płytkach CD jak zwierzęta), czyli sieciowego Fallouta. Dla porządku: Fallout 3 to słynny skasowany Van Buren Project, który potem częściowo – dzięki szczęśliwym splotom historii – pojawił się jako niektóre wątki i postacie w ramach Fallout: New Vegas (do czego dojdziemy). Drugim projektem miał być Fallout Online tworzony też w ramach Interplaya (widzicie już z pewnością pewien wzór, czemu wszystko jebło o glebę). Oczywiście żaden z nich nie doszedł do skutku. Na osłodę hardkorowi fani Fallouta dostali tzw. FOnline, ruską wersję, która pozwalała na rozgrywki sieciowe, a przy okazji była tym, czym dzisiaj są te wszystkie takie sieciówki pokroju „zombie coś tam” – czyli dostajesz wpierdol na każdym kroku od graczy, którzy dochrapali się już jakiegoś pistoletu i żelaznych majtek.

Postapokalipsa nowej ery

Sprawa przycichła, aż w końcu po latach sądowych batalii Bethesda położyła całkowicie łapę na marce Fallout i postanowiła wypuścić Fallout 3. Och, pamiętam ten dzień, gdy kolega z redakcji ocenił F3 nisko, a między nami trwały ustawiczne napierdalanki czy to jest w zasadzie Fallout i dlaczego mamy do czynienia z takim gównem. Wiele osób wychowane na jedynce i dwójce momentalnie zjebało Fallout 3 jak burą sukę. Dziś z perspektywy czasu widzę, że miała ona sporo problemów i była po prostu słabym Falloutem, ale całkiem niezłym erpegiem i strzelanką (choć już z tym „szuterowaniem” to nie przesadzajmy, bo model strzelania to dramat). Niestety, ale o ile Bethesda dała nam jedno z najbardziej fascynujących uniwersów, czyli Tamriel i The Elder Scrolls, o tyle Fallouta wtedy zupełnie nie czuła. Gra zresztą na poziomie designerskim miała swoje problemy, bo do dziś nie chcę do niej wracać, jak sobie przypomnę, ile tam trzeba było łazić po waszyngtońskich kanałach. Ugh. Projektuj, jakby to wciąż były wczesne 90…

Fallout 4 / Źródło: sam strzeliłem

Mimo tego, że masa ludzi obraziła się na Fallouta 3, ten doczekał się sporej liczby DLC (w tym absolutnie kretyńskiego Mothership Zeta opartego na easter eggu ze starych Falloutów, brawo), ale w ramach kolejnej odsłony postanowiono oddać lejce studiu Obsidian, czyli de facto z grubsza ekipie, która stała za starymi Falloutami. Efektem była gra zupełnie jak stare Fallouty – świetnie napisana, pełna popierdolonych pomysłów oraz zbugowana jak mało co. Niestety, dziennikarze nie docenili jej wystarczająco dobrze, studio nie przekroczyło wymaganego progu średniej ocen i w efekcie Bethesda powiedziała, że Obsidian nie zrobi kolejnej. Cha wam w de głupie pismaki (sam jestem dziennikarzem, to mogę tak powiedzieć :P), a drugi: wam, białe kołnierzyki z Bethesdy. Fallout: New Vegas miał oczywiście sporo problemów, ale widać było gołym okiem, że to produkcja, która stworzona jest przez zespół doskonale czujący niuanse tego universum, który porusza się w nim jak ryba w wodzie. No ale cóż, stało się, a potem powstał Fallout 4, który był już na tyle późno (czyli blisko czasu dzisiejszego), że po pierwsze większość spoconych nad F1/F2 nerdów już miała rodziny i swoje życia albo nie żyła, po drugie – głównym odbiorcą było pokolenie graczy wychowane jednak na F3, a nie starociach z paletą barw jak rzygi wymieszane z gównem (zapraszam do ponownego rozegrania Fallouta 2, wspaniałe doświadczenie, na potrzeby tego tekstu doszedłem do Klamath i uznałem, że chwilowo mi styknie, fani docenią dowcip).

Oto stałem się śmiercią, niszczycielem światów

I tak dochodzimy do Fallouta 76, czyli – jak widzicie – w pewnym sensie gry, która jest w prostej linii kontynuatorką myśli zawartych w skasowanym projekcie Fallout Online i wersji FOnline, w którą za darmo mogli wieki temu grać fani Falloutów. Dodajmy jednak, że jest to takie MMO na pół gwizdka, bo graczy na mapie może być określona liczba, wszystko skąpane jest w craftersko-grinderskim sosie rodem z Fallouta 4, no i rozgrywa się znacznie wcześniej niż znane nam gry (i w Appalachach). Gdy Fallout 76 ukazał się w końcu na rynku, poprzedzony oczywiście filmikami z ejakulującym na udo Toddem Howardem, jaka ta gra będzie genialna, stało się to, co się stać musiało. F76 został zjebany przez absolutnie wszystkich i wielki kwantyfikator nie jest tu chyba przesadą, bo nie pamiętam ani jednej pozytywnej opinii. No może poza Tadkiem Zielińskim na Fejsbuku.

Fallout 76 w trakcie premiery, piksele na płótnie / Źródło: Pexels.com/Lisa Fotios

Wszystko w Fallout 76 było złe i to już nie jest kwestia tego, że jakieś podstarzałe nerdy z brzuszkami (Hello Lucas & Mysza!) kwękały, że to nie jest już ich Fallout, że hurr durr tylko dwójka i znikający samochód (połowę gry przeszedłem z samym bagażnikiem, przypominam: to były czasy, gdy nie było tak po prostu łatek do gry), że coś tam jeszcze. O nie, na Fallouta 76 obrazili się wszyscy, od inceli po lewaków, od fanów norweskiego black metalu po osoby, które wciąż jarają się Adriano Celentano. Przyznaję, że sam – jako newsman, wtedy trochę do PCLab – napisałem też parę paszkwili pokpiwających z tego piarowego koszmaru. Bo tym właśnie stał się Fallout 76, nawet już nie tyle średnią czy słabawą grą z kwestionowalnymi decyzjami projektanckimi (silnik Fallout kiepsko się nadawał do rozgrywek sieciowych), a po prostu wielkim, płonącym śmietnikiem PR-owym.

Fallout 76. Sama prawda / Źródło: Sam strzeliłem

Oczywiście, że tzw. „gracze” jako tacy (to pojęcie amorficzne podobne do „internautów”, „lewaków” czy „narodowców” – mówimy tu o pewnym konstrukcie semiotycznym, który nie ma konkretnych desygnatów, a odnosi się tak naprawdę do stereotypu kulturowego) to rakulec i kadź z wiadomymi płynami, ale inna sprawa, że Bethesda zachowała się symetrycznie i zaczęła zgrywać obrażone dziecko, któremu zabrali klocka do zabawy. Fallout 76 był takim klockiem i cała awantura trwała miesiącami, choć oczywiście studio włożyło na tyle pieniędzy w cały projekt, że najwyraźniej ktoś uznał: hej, róbmy dalej swoje, poprawiajmy, kiedyś się uspokoi. I w sumie w pewnym sensie się uspokoiło, i tak dochodzimy do czasów najnowszych, czyli Wastelanders.

Płoń, śmietniku, płoń!

Otóż zagrałem parę razy w Fallout 76 i wydawał mi się kurewsko nudny. Tak jakby obedrzeć Fallouta 4 z fabuły, NPC, narracji i zostawić tylko parę holotaśm i stoły do craftingu. No co tu dużo mówić, pomijając bugi czy skok na kasę w postaci sklepu z atomami, ta gra była po prostu kurewsko pusta i nudna. Niewiele tam było do roboty. Wróciłem do niej przy okazji jakiegoś darmowego weekendu i umarłem z nudy po godzinie, głównie dlatego, że W TEJ GRZE NIE MA CO ROBIĆ ILEŻ MOŻNA STRUGAĆ Z DREWNA FIGURKI GÓWNA. Przepraszam, już jestem spokojny. Odstawiłem więc na półkę ową grę i uznałem, że, nie wiem, wrócę może, jak dodadzą rzeczy, które przemówią do takich jak ja, czyli potrzebujących narracji, fabuły i NPC.

Fallout 76 / Źródło: sam strzeliłem

I, wyobraźcie sobie, Bethesda przyznała, że gracze korzystają głównie z mechanizmów PVE (nie tylko dlatego, że PVP w tej grze to designerski koszmar), a teraz mamy dodatek Wastelanders, w który łoję od jego premiery codziennie po przynajmniej godzinie czy dwóch. Fallout 76 stał się obecnie czymś na kształt Fallouta 4, tyle że na nowo, co mi zupełnie nie przeszkadza, bo ja generalnie lubię to uniwersum, system craftingu i robienia domków dla lalek jest całkiem nieźle rozwiązany (tak jak w czwórce, duh), a sieciowość gry powoduje, że dostajemy w pakiecie coś, co trzyma nas na co dzień przy grze, czyli dzienne zadania, eventy na mapie, które możemy rozgrywać sami albo z przebywającymi w okolicy innymi graczami, wreszcie: można sobie po prostu łazić po Appalachach i rozwiązywać różne questy. Ba, zgodnie z najnowszymi trendami, są nawet dwie opcje romansowe potraktowane oczywiście dżenderowo, czyli nieważne kim gramy, i tak pójdziemy do wyra z NPC-ami.

…przestałem się martwić

Ale pomijając to wszystko, Fallout 76 wydaje się teraz naprawdę dopieszczoną gierką. Oczywiście jest sporo błędów, i zdarzają się różne kiksy, oraz wątpliwe z punktu widzenia samotnego gracza rozwiązania, no ale nie można mieć wszystkiego. Najbardziej chyba irytujące jest to, że rozwiązujemy jakąś misję, a tu nam nagle gra spawnuje dojebanego wroga na 50 poziomie czy wyższym i weź tu człowieku graj. Z jednej strony – jako współczesny gracz – czuję się osrany taką decyzją projektantów (czy błędem?). Z drugiej jednak, jako człowiek wychowany na starych gierkach, które po pierwsze były trudne, po drugie – miały sporo takich kiksów, od razu myśle, jak by tu się przekraść koło tego skurwysyńskiego robota, który mnie składa na jednego strzała. I jakoś tam czerpię pozytywy z danej sytuacji. Oczywiście też szybko da się znajdować exploity, czyli z wyjątkowo trudnymi przeciwnikami radzę sobie tak, że wbiegam do innego pomieszczenia gdzie jest szyba, a potem kucam, wstaję, walę z aksa, kucam, wstaję i tak ad mortem usrandam. Albo z szturmobotem, który wali takim strasznym laserem, biegam wokół dużego drzewa i jak tylko strzela tym laserem, to się chowam za pniem. Przypomina to granie w stare gierki, które były pełne błędów, nie było day one patch, więc gracze musieli radzić sobie jakoś z tym, co dostawali w danym produkcie. Oczywiście są to kwiatki projektanckie, ale z drugiej strony, jakaś tam forma zabawy w walkę z systemami gry.

Team Negan? I tak, zawsze gram laskami w grach, deal with it / Źródło: sam strzeliłem

Natomiast całkiem ładnie rozwinęła się narracja – oczywiście wcześniej sporo misji już przecież w tej grze było, ale niestety ze względu na pustotę gry i konieczność grzebania w terminalach, nie było to najszczęśliwsze rozwiązanie. Teraz mamy dodatkową warstwę fabularną, uruchamianą dzięki bohaterom niezależnym i ci napisani są całkiem nieźle. No i to wszystko jest „on top” tych różnorakich zadań, które już w grze były, a teraz są po prostu o wiele lepiej spięte z resztą systemów Fallout 76. Gra ma zresztą bardzo mocno rozwinięty (analogiczny do Fallouta 4) mechanizm craftingu i grindowania materiałów po to, żeby stworzyć sobie jakieś nowe majty czy inną czapeczkę, więc jest tu co robić. Ja oczywiście już się moczę na myśl, że trzeba będzie farmić jakieś lokacje, ponieważ CHCĘ MIEĆ PANCERZ WSPOMAGANY ENCLAVE I KONIEC DYSKUSJI.

Nie pamiętam, czy jakoś strasznie pokpiwałem z Fallouta 76 (wyłączając kpiarskie newsy z tego, że zjebali kolektorkę czy coś w tym stylu), ale jeśli tak, to muszę hau hau, troszkę odszczekać. To nadal nie jest gra na poziomie Fallout: New Vegas, to nie jest pisanie takie, jak w przypadku Chrisa Taylora, Chrisa Avellone i Feargusa Urquharta, ale nie jest aż tak źle, jak te dwa lata temu. Szkoda tylko, że trzeba było właśnie aż dwóch lat, żeby doprowadzić grę do stanu – z grubsza – używalności. Natomiast dziś mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością za swoje słowa, że przestałem się martwić i pokochałem Fallout 76. Nie jak Winston Smith, który nie miał wyjścia, tylko dlatego, że to teraz jest po prostu naprawdę niezła gierka.

Socjalki:

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.