malowanko, gierki, depresja, brzydkie figurki

Filmy

„Smile (2022)”, czyli mamy „It follows” w domu

Tak naprawdę film „Smile” (pl. Uśmiechnij się) można streścić szybkim memusiem:

– Mamo, chcę It Follows.

– Mamy It Follows w domu.

It Follows w domu:

No. Tak w zasadzie można by streścić całą rzecz i nie będzie w tym zbyt wiele przesady. Film jest bowiem w prostej linii kontynuatorem takich obrazów jak „The Ring/Ringu” czy – zwłaszcza „It Follows”, tyle że nie jest w stanie sprostać dość wysoko postawionej poprzeczce. Nie ukrywajmy, jakby to powiedział kolega, cnotę traci się tylko raz – był tylko jeden „Krzyk”, tylko jedno „Cabin in the Woods”, tylko jedno „It follows”. Wszystkie te filmy w jakiś sposób rozsadzały gatunek horrorowy, jednocześnie w pewnym sensie pozostając w jego ramach, a przy okazji nie były artystowskimi przedsięwzięciami na miarę „Hereditary” czy „Midsommar”, które z hororrowej poetyki tylko korzystały, i to chwilami, a były czymś zupełnie innym.

„Smile” wchodzi więc w spore buty swoich poprzedników i niestety nie wychodzi mu to do końca na dobre. Oto mamy psychiatrkę, która przyjmuje w szpitalu pacjentkę ewidentnie roztrzęsioną, w ogromnym stresie. Dziewczyna była świadkiem samobójstwa jakiegoś profesora na kampusie, po czym – jak opowiada głównej bohaterce – zaczęła ją prześladować jakaś potwornie uśmiechająca się obecność. I jeszcze w trakcie tej rozmowy dziewczyna wrzeszczy, że ta obecność znowu tu jest, po czym z upiornym uśmiechem na twarzy spektakularnie podrzyna sobie gardło. Psychiatrka jest trochę roztrzęsiona, ale prawdziwy bolec w dupę wchodzi wtedy, gdy okazuje się, że teraz ona zaczyna mieć halucynacje i widzieć ową obecność.

Brzmi znajomo? No tak: Ringu miało kasetę, na której przegrywano klątwę, Ju-On miało nawiedzony dom, do którego po kolei włazili frajerzy i umierali, It Follows – nie zdradzę, bo warto samemu, ale rozsadzało ten gatunek filmowy, zaś „Smile” ma również pewną rzecz, którą się przenosi z ofiary na ofiarę i trzeba utrzymywać ten cykl.

Na plus filmowi można policzyć to, że nie doczekujemy się jakiegoś (pseudo)racjonalnego wyjaśnienia, że to demon, coś tam chuj, czy inne duchy – nie, istota po prostu prześladuje kogoś, aż ten ktoś się podda, wpuści demona do siebie, zabija się i jakiś świadek tej śmierci cyk, dostaje demona. I tak to się kręci, a przynajmniej tak się wydaje na początku. Drugim plusem jest bowiem to, co jest związane nierozerwalnie z metaforyką filmu – istota przenosi się przez traumy i oglądanie traumy. Nie jest to spojler za specjalnie, bo można się tego domyślić, w dodatku – niestety – w pewnym momencie wypowiadane jest to wprost. Ale ciekawe jest to, że w ostatnim akcie filmu mamy tak naprawdę kilka zakończeń, jedno po drugim, które mogą symbolizować to, że bohaterka na różne sposoby próbuje sobie poradzić z traumą – ale niestety bez powodzenia. Film kończy się mało sympatycznie, co też zawsze jest dobre, zwłaszcza w nowoczesnej grozie, gdzie naprawdę nie potrzebujemy blond-dziewicy i katharsis po zabiciu tego zamaskowanego mordercy.

Niestety, razem z tym plusem wiąże się pewien brzydki minus: mianowicie o ile „It follows”, z którego „Smile” czerpie całymi garściami, było filmem przełomowym i wielopoziomowym, o którym można wiele powiedzieć i wysnuć wiele interpretacji (a nie tylko jedną, lubianą przez krytyków i trochę, lol, debunkowaną przez reżysera), o tyle omawiany tu horror niestety jest pisany – i interpretowany – według klucza, który podaje nam się nie tyle na tacy, co kichą przez łeb. Niestety, „Smile” nie pozostawia przestrzeni na różne i ciekawe interpretacje, to po prostu wizualizacja traumy, prób jej przepracowania i poczucia winy. I w zasadzie wiemy to od prawie samego początku – nie ma tu np. takiej jazdy, jak w kultowej grze „Silent Hill 2”, gdzie dopiero w pewnym momencie zaczynamy się orientować, czym jest straszliwy potwór Pyramid Head, który czasem nas ściga. Smile nie daje nam wolności, wszystkie rzeczy, które nam podsuwa, są związane z jedną interpretacją, nie ma tu miejsca na różnorodność albo choćby subtelność czy rozmycie metafor. Jeśli coś pojawi się na ekranie – łącznie zresztą z tytułowym uśmiechem – to idzie to jak powieść produkcyjna albo tendencyjna, nie wychodzi przed szereg.Na szczęście film jest zrealizowany na tyle dobrze, że można się dobrze bawić – no i kończy się nie najlepiej, więc to zawsze coś.

Trzy wrzeszczące laski na pięć. No, może trzy i pół.

Socjalki:

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.