malowanko, gierki, depresja, brzydkie figurki

Filmy

„The Black Phone” – King jak żywy (King wciąż jest żywy)

Podczas oglądania „The Black Phone” prawie się rozpłakałem. I to ze szczęścia – to jest przykład filmu, o którym myślę „o kurwa, warto było żyć, to jest taki dzień, na który warto czekać”, mimo że obraz ten dostałem z polecajki, że „całkiem fajnie wyszedł w kinie”, ale od kolegi, który na horrorach zna się jak mało kto.

Oczywiście do pewnego stopnia „The Black Phone” jest horrorem, czy raczej ogólniej, filmem grozy, ale to też jednak rzecz o czymś innym niż tylko tajemniczy (i oczywiście zamaskowany) kidnaper dzieciaków pod koniec lat 70-tych. To opowieść o wychodzeniu z własnego cienia i stawaniu naprzeciw prześladowcom, wszystko podane częściowo z perspektywy dzieciaka, 13-letniego Finneya, który na co dzień regularnie dostaje wpierdol w szkole, chyba, że akurat obroni go Robin, wyjątkowo agresywny chłopiec, który za cel stawia sobie najwyraźniej spuszczenie łomotu wszelkim szkolnym „bullies”, a przy okazji jest kumplem głównego bohatera. Finney ma zresztą przesrane ogólnie – jego ojciec to alkoholik znęcający się nad naszym bohaterem oraz jego młodszą siostrą (absolutnie genialna dziecięca rola Madeleine McGraw). Ta zresztą miewa sny, w których widzi szczegóły znane tylko policji – i stąd stanowi obiekt zainteresowania dwóch policjantów pracujących nad sprawą porywacza. A ten wciąż krąży w okolicy i zgarnia kolejne dzieciaki, które przepadają bez wieści – ten prawdopodobny morderca ochrzczony jest przez media jako The Grabber. W pewnym momencie i sam Finney trafia w jego łapska i tu w zasadzie zaczyna się główna akcja filmu, bo nasz bohater, uwięziony przez psychola i dziwaka, zaczyna odbierać nie działający czarny telefon na ścianie, przez który kontaktują się z nim wcześniejsze ofiary Grabbera.

Powiedzieć, że ten film przypomina mi starego Kinga, to nic nie powiedzieć – i nie chodzi nawet o mniej czy bardziej udane ekranizacje, a o ogólny szlif i „vibe” tego, co się dzieje na ekranie. Pierwsze skojarzenie, które miałem, to „O KURWA TO JAK ZODIAC I STAND BY ME W JEDNYM” i z miejsca zakochałem się w filmie. To, w jaki sposób jest nakręcony, ten żółtawy odcień jak z taśmy właśnie z lat 70-tych, która się zestarzała, te początkowe (szkoda, że później znikają!) wstawki rodem właśnie ze starych thrillerów – klimat czasu i miejsca odtworzony perfekcyjnie. Do tego bullies rodem z Kinga, tylko gałka jest podkręcona na 10-tkę, a nawet 11. Rzeczywistość zewnętrzna, jeszcze ta, w której niejako istnieje tylko The Grabber jako jakiś daleki element, jest niezwykle brutalna – i to dla „kujona”, który dobrze się uczy, jest nieśmiały i chuligani wyczuwają go z daleka, jak lew antylopę na jakiejś sawannie. A potem nasza optyka się zmienia – chłopiec po części staje się narratorem tej historii, obserwujemy Grabbera z perspektywy Finneya i zapewne dlatego nie wiemy w zasadzie nic o zamaskowanym (częściowo? ;)) psycholu. On po prostu pojawia się – jako demoniczna figura – w życiu chłopca i istnieje w nim właśnie jako wielka niewiadoma, kolejny chuligan i prześladowca. Tyle że tym razem Finney ma – w takiej zerowej warstwie intepretacyjnej – nieco straszne, nieco jump scare’owe doświadczenia wcześniejszych ofiar mordercy, również dzieciaków z okolicy. Równolegle siostra Finneya próbuje się dogadać z – a jakże – Jezusem, żeby zesłał sen, który pozwoli jej odnaleźć brata.

Film rozwiązuje się bardzo dobrze – bo z jednej strony siostra dąży ku uwolnieniu brata (którego też czasem próbuje bronić wymachując piąstkami), a z drugiej – to sam Finney musi stać się sobą, przejść tę inicjację, zakończyć owo osobiste bildungsroman, stać się nie tyle mężczyzną, co kimś, kto nie tylko przyjmuje piąchy na twarz, ale potrafi oddać. Jest odrobina ckliwości, czegoś rodem z „Karate Kida” (tak po latach wspaniale zdekonstruowanego w „Cobra Kai”), ale w ogólnym rozrachunku nie przeszkadzało mi to, jako że to film o dorastaniu chłopca, a nie o mordercach, porywaczach i trupach w piwnicy. Przez cały film miałem przeświadczenie, że właśnie oglądam jakąś ekranizację Kinga – no i po szybkim guglu okazało się, że film powstał na podstawie (ponoć nie najlepszego) opowiadania Joe Hilla, który… jest synem Kinga. Surprise, motherfucker.

W ogóle nawet jeśli fabularnie wam nie podejdzie, bo nie ma tam jakichś wielu twistów i wychodzenia poza ramy gatunkowe, to koncepcyjnie, wizualnie i aktorsko jest to absolutne złoto, platyna i diamenty. Do tego jeszcze Ethan Hawke, który ostatnio rozsmakował się najwyraźniej w graniu pojebów, bo najpierw ten facio z marvelowskiego „Moon Knighta”, a teraz The Grabber. Coś wspaniałego.

Prawie pięciu zamaskowanych pojebów na pięć.

Socjalki:

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.